hdr
google plus link

Twierdza Boyen w Giżycku

Mazury cz. 3

Będąc w Giżycku nie można pominąć odwiedzenia Twierdzy Boyen. Chcąc zwiedzić twierdzę watro przy zakupie biletów zaopatrzyć się w mapkę. Są na niej zaznaczone trzy trasy zwiedzania, a każdy obiekt oznaczony jest zarówno na mapie jak i w terenie odpowiednim numerem, dzięki czemu nie można się zgubić. My wybraliśmy trasę czerwoną, która prowadziła od Bramy Giżyckiej, przez Bastion Miecz, Bastion Prawo, Bastion Światło oraz dziedziniec zpowtorem do Bramy Giżyckiej. Przy każdym z budynków znajdowały się czytelne tablice informacyjne, a w odrestaurowanym koszarowcu, laboratorium prochowym oraz stajni powstały ciekawe wystawy przedstawiające uzbrojenie twierdzy oraz jej historię.

Brama Giżycka (fot. S. Grzędzińska)

            Twierdza powstała  w latach 1843 – 1855 jako obiekt blokujący strategiczny przesmyk pomiędzy jeziorami Niegocin i Kisajno. Stacjonowało w niej około 3000 żołnierzy. W czasie I wojny światowej Lötzen (obecne Giżycko) dwukrotnie atakowane było przez wojska rosyjskie, a dużą rolę odegrała Twierdza von Boyena, która bezskutecznie oblegana była przez oddziały rosyjskie. Twierdza została niezdobyta aż do stycznia 1945 roku. W trakcie ataku na miasto wojsk radzieckich, została ono opuszczona bez walki.

            W latach 50. na terenie kompleksu postanowiono umiejscowić kilka przedsiębiorstw spożywczych, co spowodowało duże zniszczenia, a a przede wszystkim budowę nowych, zupełnie nie pasujących do charakteru obiektu budynków. Sytuacja ta miała miejsce do początku lat 90, kiedy to większość z tych zakładów została zlikwidowana. Od tego momentu Twierdza Boyen stała się miejscem często odwiedzanym przez turystów.

Działo w laboratorium prochowym (fot. P. Kasiorkiewicz)

 

Giżycko nad Niegocinem

Mazury cz. 2

Najstarszy ślad działalności człowieka na terenach północno-wschodniej Polski pochodzi właśnie z Giżycka. Jest to róg renifera ze śladami obróbki krzemiennym narzędziem, który wydobyto z warstw piasku datowanych na okres sprzed około 15 tysięcy lat wstecz nad jeziorem Popówka Mała. Na przełomie epoki brązu i żelaza występowały na tych terenach liczne osady nadwodne i lądowe  budowane na wbitych w dno drewnianych palach lub na sztucznie usypanych wyspach. Tak duże skupiska ludności można, poza Mazurami, wyróżnić jedynie na Wyspach Brytyjskich. Był to obszar graniczny bałtyjsko-pruskich plemion Galindów, Sudinów oraz Batrów dodatkowo znajdujący się jednocześnie na trasie jednej z odnóg uczęszczanego przez rzymskich kupców „bursztynowego szlaku”, który już wówczas był strzeżony przez obronny gród obecny w granicach miejskich obecnego Giżycka.

            W roku 1008 z inicjatywy Bolesława Chrobrego na te tereny ruszyła misja chrystianizacyjna, która zakończyła się męczeńską śmiercią biskupa Brunona z Kwerfurtu, autora żywota św. Wojciecha.

            Następny na te tereny wkroczył Zakon Krzyżacki. Około roku 1340 na przesmyku między jeziorami Niegocin i Kisajno rycerze zakonni wznieśli gród obronny, którego jedno skrzydło (po licznych przebudowach i odbudowach) dotrwało do czasów współczesnych. Zamek otrzymał nazwę Lötzen i był jedną z pogranicznych strażnic, z których kierowano inwazję na Litwę. Po sekularyzacji zakonu zamek stał się siedzibą starostów książęcych, a wieś u jego podnóża uzyskała przywileje miejskie 26 maja 1612 r zmieniając nazwę z Nowej Wsi na Lötzen (od nazwy zamku). Podstawą utrzymania mieszkańców Lötzen przez całe wieki były dochody z rolnictwa, rybołówstwa, ogrodnictwa, pszczelarstwa i piwowarstwa.

            Niestety rozwój miasta był zastopowany przez wydarzenia polityczne. Podczas "potopu szwedzkiego" miasto doszczętnie spalili Tatarzy wspierający Polaków. Następnie miasto zostało strawione przez Wielki Pożar wybuchły w 1696 roku. Nie ominęła go również epidemia dżumy w 1710. Zmarło wówczas ponad 800 mieszkańców, co stanowił prawie całą ludność miasta. Również podczas "wojny siedmioletniej" miasto nie obeszło się bez zniszczeń. Dopiero po wojnach napoleońskich, na skutek reform administracyjnych w państwie pruskim Lötzen powoli zaczynało się rozwijać. Jednak zła passa nie opuściła miasta, które w kwietniu 1822 roku strawił największy pożar w dziejach miasta. Spłonęło 205 budynków, w tym 50 budynków mieszkalnych, 9 spichlerzy, 4 młyny, 74 stajnie, 54 stodoły, kościół i budynki parafialne, ratusz, szkoła, przytułek i remiza strażacka.

Wieża Ciśnień w Giżycku (fot. P. Kasiorkiewicz)

Miasto rozkwitło dopiero po utworzeniu Cesarstwa Niemieckiego. Utworzono linie kolejowe, łączące je z Węgorzewem, Piszem i Oleckiem. Przeprowadzono również duże inwestycje komunalne (budowa gazowni, a później elektrowni) oraz zaczęto wydawać gazetę niemieckojęzyczną "Lötzener Zeitung”, która była wydawana do stycznia 1945 r. Z tego okresu pochodzi również Wieża Ciśnień oraz Twierdza Boyen. W okresie międzywojennym Lötzen stało się modnym kurortem wypoczynkowy. Na wzgórzach nad Niegocinem powstała nawet skocznia narciarska. Niestety pod koniec grudnia 1944 roku do miasta wkraczają wojska radzieckie, które przez cztery miesiące bezmyślnie je niszczyło i plądrowało. Dopiero 20 maja 1945 r. sowiecka komendantura wojenna przekazała administrację miasta i powiatu władzom polskim. 

Z ocalałych zabytków miasta warto zwiedzić Wieżę Ciśnień wybudowaną w 1900 roku. Na jej szczyt, na którym znajduje się zbiornik wodny (obecnie przekształcony w kawiarnię) można wejść schodami lub wjechać windą. Ja polecam opcję, z wjechaniem na górę windą, a potem schodzeniem krętymi schodami, gdyż każde piętro wieży zachwyca nas wystrojem i prezentuje ciekawą kolekcję pamiątek z okresu, kiedy miasto należało do Rzeszy Niemieckiej. Cała wieża ma wysokość 25 m. Po dobudowaniu przez obecnego właściciela, Henryka Górnego, kopuły oraz dodatkowych trzech pięter i powiększeniu platformy widokowej z lunetami Wieża Wodna stała się niepowtarzalną atrakcją  turystyczną Giżycka.

Zamek w Nidzicy i Arboretum w Kudypach

Mazury cz. 1

           Nidzica dawniej (niem.) Neidenburg swoją nazwę zawdzięcza przepływającej przez nią Nidzie,  jak na tym odcinku nazywa się rzekę Wkrę, nad którą założono miasto. Początki Nidzicy datowane są na okres X wieku, kiedy to okolice późniejszego miasta zamieszkuje ludność słowiańska. W samej Nidzicy pierwszy drewniany obiekt obronny założyli Krzyżacy prawdopodobnie już w latach 1266–1268, a pierwsza wzmianka o zamku nad Nidą pochodzi z 1376 roku. W dniu 7 grudnia 1381 r. osada otrzymała prawa miejskie z rąk wielkiego mistrza zakonu Winricha von Kniprode, a także herb. Jako miasto położone przy granicy z Mazowszem otrzymała ona system obronny, na który składał się zamek oraz mury obronne. Dodatkowo funkcje obronne pełniła również rzeka otaczająca miasto od zachodniej strony. Podczas wojen polsko-krzyżackich Nidzica kilkakrotnie wpadała w ręce Polaków, jednakże nigdy na długo. Po hołdzie pruskim na rynku krakowskim i przekształceniu państwa zakonnego (krzyżackiego) w państwo świeckie oba kościoły w Nidzicy przejęli luteranie, na zamku zaś zasiadł starosta książęcy - Piotr Kobierzycki.

Zamek w Nidzicy (fot. S. Grzędzińska)

           Dopiero wojny szwedzkie przerwały pomyślną koniunkturę gospodarczą miasta, które bogaciło się dzięki gorzelniom i browarom. Jego los przypieczętował wielki pożar 30 marca 1664 roku. Po nim Nidzica nigdy nie powróciła już do wcześniejszej chwały. Zarówno podczas I Wojny Światowej, jak i II Wojny Światowej Nidzica była palona i plądrowana. Za pierwszym razem miasto zniszczyły wojska kozackie w wyniku ofensywy rosyjskiej. Za drugim razem Wojsko Polskie zbombardowało dworzec kolejowy wypełniony niemieckimi żołnierzami w 1939, a całe miasto było bombardowane przez lotnictwo radzieckie. Po wojnie Nidzica była zniszczona w 75-80%, a niemieckojęzyczni mieszkańcy zostali przesiedleni. Komendantura sowiecka przekazała oficjalnie miasto administracji polskiej w dniu 27 maja 1945 roku. Tak Nidzica trafiła do Polski.

          Zarówno podczas I Wojny Światowej, jak i II Wojny Światowej Nidzica była palona i plądrowana. Za pierwszym razem miasto zniszczyły wojska kozackie w wyniku ofensywy rosyjskiej. Za drugim razem Wojsko Polskie zbombardowało dworzec kolejowy wypełniony niemieckimi żołnierzami w 1939, a całe miasto było bombardowane przez lotnictwo radzieckie. Po wojnie Nidzica była zniszczona w 75-80%, a niemieckojęzyczni mieszkańcy zostali przesiedleni. Komendantura sowiecka przekazała oficjalnie miasto administracji polskiej w dniu 27 maja 1945 roku. Tak Nidzica trafiła do Polski.

          Zwiedzając zamek w Nidzicy warto wykupić zwiedzanie z przewodnikiem, które kosztuje tylko 6 zł. Zwiedzanie zamku trwa niecałe pół godziny, a dzięki niemu możemy poznać jego historię, jak i obejrzeć go wewnątrz. Niestety, część zamku została przekształcona w hotel i restaurację niedostępną dla zwiedzających. Zamek nie może poszczycić się ciekawymi wystawami, gdyż działa sztuki zostały wykradzione po potopie szwedzkim oraz obu wojnach światowych. Sam zamek zbombardowany przez Rosjan spłonął 1945 roku, tracąc stropy i część murów. Szybko jednak podjęto decyzję o jego odbudowie. Pełną restaurację zabytku, łącznie z konserwacją zachowanych malowideł w kaplicy i refektarzu rozpoczęto w 1961 roku i zakończono w 1965, po czym uroczyście oddano go w użytkowanie lokalnym instytucjom kulturalno-społecznym. Warto zjeść obiad w restauracji znajdującej się naprzeciwko zamku. Bardzo miła obsługa i pyszny rosół.

Tablica informacyjna Leśnego Arboretum w Kudypach (fot. P. Kasiorkiewicz)

          Po zwiedzeniu Nidzicy oraz zamku udaliśmy się do Leśnego Arboretum Warmii i Mazur w Kudypach im. Polskiego Towarzystwa Leśnego. Warto jest ściągnąć sobie wcześniej na telefon darmową aplikację, dzięki której poznamy historię arboretum, a także nie zgubimy się zwiedzając park, którego powierzchnia to ponad 15 ha.

          W 1983 roku przez teren nadleśnictwa Kudypy przeszedł huragan wyłamując i wywracając część drzew znajdujących się w drzewostanie nasiennym. Powstała luka dała początek arbotetum. Pierwsze okazy drzew i krzewów, które przekazało Arbotetum SGGW w Rogowie,  zostały zasadzone 1990 roku. Obecnie kolekcja liczy ponad 1000 gatunków i odmian roślin.

          Ogród podzielony jest na 3 działy: dział flory polskiej, część kolekcyjną oraz las naturalny z okazałymi drzewami pomnikowymi. Mi najbardziej przypadł do gustu niewielki wąwóz z dwoma torfiastymi bagienkami (rojstami), który stał się domem dla rodziny kaczek krzyżówek. W 2011 roku powstało Lapidarium geologiczne, czyli kolekcja głazów narzutowych z terenu Warmii i Mazur.

          Wstęp na teren obiektu jest płatny. Bilet normalny to jednak kosz tylko 5 zł, a ulgowy 3 zł. Arboretum jest czynne codziennie od 15 kwietnia do 31.

Budynek edukacyjny przy arboretum (fot. S. Grzędzińska)

 

Trzy tygodnie w rosyjskim lesie

Część I. Podróż

Spędziłem prawie trzy tygodnie w rosyjskim lesie. Jak przeżyłem? Jak żyłem? Co jadłem? Po co w ogóle tam pojechałem? Takie pytania, a w zasadzie całą ich falę najczęściej słyszę tuż po powrocie. Zacznę od ostatniego pytania, które jest w sumie początkiem opowieści. Otóż jako człowiek-doktorant chcący poważnie podejść do swojej pracy musiałem pojechać w teren badań, czyli w lasy zachodniej Rosji. Jako osoba, która nigdy nie była nawet na porządnym biwaku za miastem to przedsięwzięcie było co najmniej intrygujące (na początku), potem im bliżej wyjazdu tym stawało się coraz bardziej kłopotliwe. Chciałem wyjechać, chciałem poznać nowy kraj, chciałem poznać „życie w lesie”- pojechałem z własnej woli… i woli promotora.

Pakowanie było trudną rzeczą. Zabrać jak najmniej, bo się nie pomieścimy w aucie. Ubrania, buty terenowe, namiot, środki higieny, nóż, trochę jedzenia. Łatwo powiedzieć, trudniej ogarnąć. Jednakże udało się i nie będę się o tym rozpisywał, gdyż za dużo nerwów i krwi by mnie to kosztowało.

Rozpoczęliśmy swoją podróż od stolicy centralnej Polski, czyli Łodzi. Dalej jechaliśmy przez Litwę i Łotwę. Wjeżdżając na Litwę nie czułem zmiany, wszystko jest niemal identyczne. Domki na wsiach są w przeważającej części drewniane i niewielkie,w przeciwieństwie do naszych willowych wręcz osiedli. Więcej jest pagórków, dolinek, zatem krajobraz przypomina powierzchnię pościeli rzuconej na łóżko tuż po wstaniu (w końcu strefa młodoglacjalna). Na Litwie zatrzymaliśmy się w Kownie. Miasto to leży u zbiegu Niemna i Wilii i zamieszkuje je ok. 320 ty. ludzi. Przystanek był krótki (trzeba było szybko dotrzeć na Łotwę, gdzie mieliśmy nocleg), zatem zwiedziliśmy rynek i przyrynkowe uliczki. Pierwszym celem były ruiny zamku zbudowanego w drugiej połowie XIV w i rozbudowanego w wieku XVI w (fot. 1- niestety zdjęcia zostały zrobione telefonem). Dalej była gotycka, ceglana archikatedra śś. Piotra i Pawła (XV-XVII wiek, czyli dokładnie mówiąc budowa trwała 242 lata!!! Fot. 2 i 3). Ołtarz główny otoczony jest 12 apostołami prawie naturalnej wielkości (Fot. 4). Dalej ruszyliśmy na rynek- tam zobaczyliśmy ratusz miasta (XVI w.) zwany Białym Łabędziem z powodu strzelistej wieży i białego tynku (Fot. 5). Kolejnym celem był Dom Perkuna, jest to kamienica zbudowana na przełomie  XV i XVI wieku. W pewnym okresie mieściła się w nim szkoła i teatr, do którego uczęszczał Adam Mickiewicz. Obecnie w tym miejscu funkcjonuje muzeum Adama Mickiewicza. Miasto to przypominało mi niejedno polskie miasteczko.

 

 

 

 

 

 

Opuszczamy Litwę i wjeżdżamy na Łotwę. Po przekroczeniu granicy wita nas piękny i gładki asfalt. Niestety tylko przez pierwsze 300 metrów (stan na lipiec 2017). Dalej niekończące się roboty drogowe, ruch wahadłowy i wszędobylski pył, przez który nawet drzewa były smutne, że muszą rosnąć na Łotwie… Na szczęście po dłuższym czasie udało nam się zjechać na jako taką drogę, którą jechaliśmy do naszego noclegu nad Dźwiną. Mijane wsie były już trochę inne od wsi litewskich, otóż tutaj domki były zbudowane przeważnie z białych pustaków i z azbestowych dachówek. Niestety nie mogliśmy zatrzymać się na zwiedzanie, gdyż czas naglił. Za to z auta podziwialiśmy Dyneburg we wschodnio-południowej części kraju. Miasto wydawało się jakby zatrzymało się jakieś 20 lat temu, gdzie dopiero co skończył się komunizm (a może akurat przejeżdżaliśmy przez taką dzielnicę). Mijaliśmy kilka ładnych i zadbanych cerkwi oraz kościołów, jednakże nadal było czuć, że to miasto różni się od tych znanych nam miast, w szczególności, gdy jechało się przez nienaturalnie szerokie ulice, typowe dla infrastruktury komunistycznej.

Łotwa była jakby krajem przejściowym pomiędzy Europą Środkowo-Wschodnią a Rosją i pod względem krajobrazowym i kulturowym. W Rosji jechaliśmy drogą żwirową szeroką jak droga ekspresowa. Przecinała ona wielkie połacie terenu porośniętego przez barszcz sosnowskiego, który osiągał nawet 4 metry wysokości! (Fot. 6). Na szczęście nie musieliśmy wysiadać z auta… Taki krajobraz utrzymywał się przez długi, długi czas. Kiedy kończyła się droga żwirowa a pojawiał się asfalt to nie było pocieszenie. Powierzchnia drogi przypominała powierzchnię Marsa, tylu kraterów chyba nigdy nie widziałem. Czuliśmy się jak „kierowcy rajdowi” omijając kolejne dziury, choć większości nie udało się ominąć. Nasza prędkość wobec takich warunków zatem nie oszałamiała. Momentami wręcz biegnący żółw mógłby nas przegonić.

 

 

Podróżując po zachodniej Rosji mijaliśmy wiele wsi. Większość była opuszczona. Domy popadające systematycznie w ruinę z

zarwanymi dachami i  powybijanymi oknami. Z niektórych wyrastały drzewa. Głucha cisza obijająca się od wypłowiałych desek. Czas nieubłaganie parł do przodu nie oglądając się za człowiekiem. Młodzi ludzie najprawdopodobniej pozostawili swój dobytek by przenieść się w lepsze miejsce, zaś starsi nie mogący za dużo zrobić pozostali w podobnych domkach, by poczekać do końca. Co mnie zdziwiło? Tereny przez które jechaliśmy nie były w zasadzie uprawiane w żaden sposób, tylko lasy, odłogi i inne nieużytki pozostające bez opieki od upadku wielkich PGR-ów. Brak pracy i perspektyw wymusił ucieczkę ludności z terenów wiejskich. W niektórych przypadkach jechaliśmy przez młody las, w którym było widać spalone gospodarstwa, czasem samoczynnie się one zapadały. Sukcesja roślin nie znała barier. Innym dziwnym faktem było rozmieszczenie w takich wsiach nowiusieńkich budek telefonicznych! Czemu? Pewnie z przymusowego przydziału: każda wieś (niezależnie, czy zamieszkała) dostawała budkę telefoniczną. W co trzeciej (lub nawet częściej) wsi postawiony jest pomnik Lenina lub radzieckiego żołnierza z karabinem w ręku. Każdy pomnik jest świeżo pomalowany srebrną farbą. Cmentarze w tych rejonach nie przypominają polskich wystylizowanych cmentarzy, które mają wszystko rozplanowane w określony schemat. Tutaj zarośla i drzewa rosną jak chcą, chodzi się tylko wydeptanymi ścieżkami mijając złamane drewniane krzyże z XVIII w lub piękne marmurowe pomniki z ostatnich lat. Przy niektórych pozostawiony jest kieliszek z wódką. Symbolika.

 W malutkich miasteczkach ludzie w różnym wieku handlowali wszystkim co mieli. Młodzi mężczyźni handlujący różnego rodzaju narzędziami (przeważnie zardzewiałymi), po babcie mające na sprzedaż tylko jeden mały słoiczek grochu… Na stumetrowym odcinku drogi minęliśmy ok 7 osób (czyli co ok. 14m!) które chciały sprzedać grzyby, czy jagody.

Zmierzaliśmy do miasta Wielkie Łuki. Tam odwiedziliśmy Obelisk Sławy (Fot. 7) oraz twierdzę (Fot. 8). Miasto również podobne do wielu polskich miast, z typowymi XIX-wiecznymi kamienicami (a w nich sklepikami), małymi fontannami, pomnikami i miejskim harmiderem. Wielkie Łuki wydają się trochę zaniedbane, widoczny jest brak rewitalizacji, chociaż miasto ma pewien potencjał.

 

Wyjechaliśmy z miasta i zmierzamy przez pola barszczu Sosnowskiego do naszego celu. Skręcamy z marsjańskiej drogi w leśną dróżkę, na której jazda przypominała bardziej płynięcie małym kutrem przez mocno rozfalowane morze. Jesteśmy na ostatniej „prostej” do obozowiska (jeszcze 40min jazdy w głąb lasu). Po wielu zakrętach i wymijania wielkich dziur w końcu widać pierwsze namioty obozowiska. Przygoda miała dopiero się zacząć…

Błyskawiczne rogaliki

Czyli kulinarne dokonania studentów
Błyskawiczne rogaliki

Przedstawiamy Wam przepis na expresowe rogaliki - tak to te które mogliście dostrzec na zdjęciach z poprzedniego posta. Okazuje się, że ich wykonanie nie jest wcale takie trudne. Przekonajcie się sami! Chętnie dowiemy się jak Wam poszło - możecie pochwalić się zdjęciami ;) 

OTO PRZEPIS:

Składniki:

  1. 1 szklanka piwa
  2. 2 kostki margaryny bądź masła
  3. 4 szklanki mąki
  4. Dodatkowo ulubiona marmolada, dżem   

Wykonanie

  1. Z podanych składników zagnieść ciasto. Pozostawić na noc w lodówce
  2. Podziel ciasto na kilka mniejszych części. Każdą z nich rozwałkuj a następnie za pomocą noża podziel na mniejsze trójkąty. Na każdy nałóż łyżkę marmolady. Zwiń w rogaliki.
  3. Piecz około 20min do zarumienienia w temperaturze 180°C. Gotowe rogaliki posyp cukrem pudrem.

Smacznego! J

 

I Dzień Kół Naukowych na Wydziale Nauk Geograficznych z dronem w tle

    Na naszym Wydziale za przyczyną Wydziałowej Rady Samorządu Studenckiego odbył się I Dzień Kół Naukowych. W całym przedsięwzięciu wzięło udział 5 Kół w tym nasze. W czasie imprezy mieliśmy okazję zaprezentować swoje dotychczasowe osiągnięcia oraz przedstawić plany na przyszłość. Przy naszym stoisku czekał na studentów symulator, w którym można było wcielić się w operatora dronów. Cieszył się on bardzo dużym zainteresowaniem. Dla ciekawskich… łatwo wygląda operowanie tym urządzeniem ale w rzeczywistości jest to dosyć trudne. Urządzenie jest bardzo czułe i każdy nasz ruch musi być przemyślany gdyż bardzo łatwo można go zniszczyć. Każdy kto podjął się tego wyzwania mógł poczuć jak dużo potrzeba ćwiczeń aby uzyskać licencję na operatora dronów.

                Dzięki Fundacji Uniwersytetu Łódzkiego mogliśmy zaproponować naszym studentom quiz z nagrodami. Do wygrania były m.in.: powerbank, pendrivy.  Śmiałkowie, którzy podjęli się udziału w quizie wykazali się dużą wiedzę co niezwykle nas cieszyło.

                Całe wydarzenie możemy określić jako bardzo dobrze zorganizowane. Pozwoliło ono nam na przyjęcie w swoje grono paru nowych studentów. Lada dzień, bo  25 października odbędzie się nasze pierwsze zebranie w tym roku akademickim. A na nim? Omówimy IV edycję Rajdu górskiego „Do Źródeł Królowej Polskich Rzek” oraz plan wyjścia na Wystawę „Beksiński Nieznany”. Zapowiada się galanty rok ;)

Już niedługo spodziewajcie się cyklu na temat Mazur. Miejsc, które zdecydowanie trzeba odwiedzić. J

I w końcu my! Ci którzy dla Was piszą :) Pozdrawiamy serdecznie :)

Łódzki Port Gier

Łódzki Port Gier

            Upalny dzień, sobota, a ja jadę tramwajem linii 1 na 36 Łódzki Port Gier organizowany przez Łódzki Dom Kultury, Gralnię – Gry bez prądu oraz Stowarzyszenie SMF Łódź. Chwila oczekiwania na znajomych: Sabinę, Sylwię oraz Mariusza i wchodzimy do środka.  Na miejscu szybka rejestracja i już można wypożyczać. Na początek bierzemy „Kary Dżentelmenów” - szybką grę karcianą na skojarzenia. Każdy z nas na początek dostał 10 Białych Kart z różnymi słowami/określeniami. Następnie pierwsza osoba zadawała pytanie z Czarnej Karty, a pozostali gracze odpowiadali za pomocą swojej Białej Karty. Później było tasowanie Białych Kart i wybór najzabawniejszej. W połowie rozgrywki, do naszego stolika podchodzi chłopak pytając się w co gramy. Na odpowiedź „Karty dżentelmenów” mówi jedno słowo - „smalczyk”. Biała Karta „smalczyk” pojawiła się dopiero pod koniec naszej rozgrywki, lecz wybuch śmiechu, jaki wywołała był ogromny. Rozdanie wygrała Sylwia. :)

 

„Kim jesteśmy, dokąd zmierzamy”

W Internecie jest multum blogów o przeróżnej tematyce. Jest to jedna z najczęściej stosowanych form dzielenia się doświadczeniami i pomysłami w dzisiejszych czasach. Przyszła kolej na nas.

Jesteśmy ekipą i zgraną paczką przyjaciół ze Studenckiego Koła Naukowego Geomonitoringu. Działamy na Wydziale Nauk Geograficznych Uniwersytetu Łódzkiego właściwie już od ponad 3 lat. Przez ten czas wiele osób pokończyło studia, a kolejne osoby rozpoczęły, co pociąga za sobą zmiany - zmiany – zmiany. Jedno się nie zmienia – do koła zapisują się ludzie z pasją, energią i zaangażowaniem. Te cechy doprowadziły do tego, że spektrum naszych działań jest bardzo szerokie. Od akcji naukowych, przez sportowe, artystyczne, podróżnicze na „zwyczajnym” życiu studenckim kończąc. Na tym blogu nie chcemy się ograniczać do ściśle zawężonych wątków, stawiamy na otwarte umysły, inspiracje, a czasem działanie tu i teraz. Przede wszystkim Łódź – to nasze miasto i z nim mamy najwięcej wspólnego, jednakże wyruszamy też poza rejony województwa o czym usłyszycie nie raz! Nasz hasztag brzmi: #SKNGjestWSZĘDZIE

Jak to jest z tymi kołami? Powiedzmy sobie wprost. Wiele osób słysząc hasło "koło naukowe" uważa, że jest to organizacja skupiona tylko i wyłącznie na nauce, zaawansowanej nauce. Owszem nauka to jest to co nas „kręci”, ale można do tematu podchodzić w sposób oryginalny i nietuzinkowy. Każdy z naszej paczki zajmuje się czymś innym. Mamy pasjonatów pogody i klimatu, skał i minerałów, rzeźby terenu, hydrologii i wielu innych geograficznych sfer. Tak bogata gama zainteresowań może oznaczać tylko jedno – nie ma czasu na nudę !!!

Akcja goni akcję, poznajemy nowych ludzi, uczymy się cały czas czegoś nowego, stawiamy sobie cele i wyzwania, realizujemy marzenia. W ten sposób nabieramy doświadczenia i możemy się z Wami podzielić naszymi historiami.. Może kogoś zainspirujemy? Może zaciekawimy? Może zmotywujemy do działania? Na pewno wszystko, co będzie pojawiało się na naszym blogu to przeogromna dawka ciekawostek, dobrego humoru i historii pisanych z zamiłowania do działania!